Ads Elite

HISTORIA
Historia Dywizjonu 303 to przede wszystkim losy grupy nieprzeciętnych ludzi, bohaterów którzy nie chcieli przestać walczyć o wolność.

W czasie II wojny światowej w RAF-ie służyło wielu polskich lotników, ale to Dywizjon 303 stał się żywą legendą tego czasu. Witold Łokuciewski, Jan Zumbach, Witold Urbanowicz, Mirosław Ferič, Josef František, Zdzisław Krasnodębski, Zdzisław Henneberg, Witold Paszkiewicz, to tylko kilku pilotów, którzy znaleźli się w słynnej jednostce noszącej imię Tadeusza Kościuszki. Wszyscy oni wykazali się znakomitymi umiejętnościami oraz prawdziwym sercem do walki.

Dywizjon 303 jest przede wszystkim kojarzony z bitwą o Anglię, jednak jego historia zaczęła się znacznie wcześniej. Najpierw w 1919 r. powstała Eskadra Kościuszkowska, a jej założycielami nie byli Polacy, lecz Amerykanie. Co takiego robili Amerykanie na ziemiach polskich w czasie wojny z Bolszewikami? Wszystko to było zasługą Meriana Coopera młodego Amerykanina, którego zafascynowała historia Polski przekazywana w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie. Pradziadek Meriana – Pułkownik John Cooper był przyjacielem polskiego bohatera Kazimierza Pułaskiego. Gdy polski dowódca został śmiertelnie ranny, Cooper sam przeniósł przyjaciela na okręt wojenny. Pułaski miał umrzeć na jego rękach. Ta historia miała olbrzymi wpływ na Meriana, który uważał że zasługi Polaków w budowie amerykańskiej niepodległości, to dług wdzięczności który powinien zostać w jakiś sposób spłacony. Pochodzący z Florydy Merian Cooper był znakomitym pilotem. Po wybuchu wojny z Sowietami postanowił zaoferować swoje usługi polskiemu lotnictwu. Amerykański Urząd Pomocy skierował go do Lwowa, gdzie miał dostarczyć żywność głodującym mieszkańcom. Początkowo marszałek Piłsudski odnosił się z niechęcią do przyjmowania obcokrajowców w szeregi Wojska Polskiego. Ostatecznie jednak braki panujące w polskim lotnictwie spowodowały, że zaczęto patrzeć z wdzięcznością na każdą formę pomocy. Cooper po uzyskaniu zgody powrócił do Paryża, gdzie zwerbował jeszcze 6 amerykańskich pilotów. Do końca wojny w eskadrze walczyło już 17 obcokrajowców. Dowódcą został Cedric Fauntleroy, który miał najwyższą rangę oraz najwięcej doświadczenia. Godło Eskadry, to samo którego używał później Dywizjon 303 zostało zaprojektowane przez Eliotta Chess. Ponieważ świeżo uformowana Eskadra nosiła imię Tadeusza Kościuszki, pośrodku znalazła się czerwona rogatywka, którą naczelnik nosił w czasie insurekcji. Skrzyżowane kosy były symbolem kosynierów. Tłem dla tych dwóch symboli były biało-czerwone pasy oraz niebieskie gwiazdy umieszczone po okręgu, reprezentujące amerykańską flagę. Symbol ten przetrwał w Polskich Siłach Powietrznych aż do rozwiązania Dywizjonu Kościuszkowskiego w Anglii. Obecnie możemy go zobaczyć na wielu polskich samolotach reprezentujących nasze siły powietrzne.


Zadaniem amerykańskiej eskadry była obrona Lwowa przed konną Budionnego. M.in. dzięki ich zawziętej i bohaterskiej walce Lwów został ocalony. Oto jak pisał o Amerykanach generał Antoni Lisowski: „Amerykańscy lotnicy pomimo wyczerpania walczą jak szaleni. Bez ich pomocy dawno temu by nas diabli wzięli”. Klęska jaką Sowieci odnieśli w Bitwie Warszawskiej powstrzymała ich ekspansję na teren Europy. Niestety w trakcie walki założyciel Eskadry trafił do niewoli. Udało mu się stamtąd wydostać wraz z trzema Polakami. Dzielni Amerykanie zostali odznaczeni przez samego Marszałka Józefa Piłsudskiego krzyżami Virtuti Militari. Trzech pilotów eskadry zginęło, aby ich uhonorować na cmentarzu w Lwowie wzniesiono Łuk Chwały z napisem „Polegli abyśmy wolni żyli”.

Pod koniec lat 20 XX w. w Polsce zaczęto podejmować pierwsze kroki dla umocnienia obronności. Jednym z takich kroków było rozmieszczenie samolotów bojowych w ogólnokrajowej sieci zamaskowanych prowizorycznych lądowisk utworzonych na wiejskich pastwiskach. Eskadra im. Tadeusza Kościuszki pod dowództwem kpt. Zdzisława Krasnodębskiego została umieszczona na lądowisku niedaleko Warszawy. Stolicę miało chronić 5 takich eskadr, które nazywano Warszawską Brygadą Pościgową. Dowódcę Eskadry Kościuszkowskiej kpt. Krasnodębskiego cechowała charyzma i autorytet, piloci nazywali go „królem”, potem na ziemi angielskiej odegrał on ważną rolę dowodząc Dywizjonem 303.

W chwili wybuchu wojny Polska posiadała zaledwie 390 samolotów i 50 myśliwców P11 oraz P7, które były powolne i przestarzałe. Dla porównania Niemcy dysponowali 1004 bombowcami i 1100 myśliwcami. Zakupienie lepszych maszyn od Francji i Anglii stało się możliwe dopiero we wrześniu 1939 r., czyli zbyt późno. To samo dotyczyło produkcji rodzimych maszyn. Wybuch wojny zatarł szanse na zbudowanie silnej, dobrze uzbrojonej Armii Polskiej.

Na moment przed wrześniowym atakiem ze strony Niemiec, doszło do kilku niepokojących incydentów. Witold Urbanowicz, który został zastępcą dowódcy Eskadry zmuszony był strzelać do sowieckiego samolotu zwiadowczego, który naruszył naszą przestrzeń powietrzną. Swój czyn tłumaczył faktem, że to Sowiet jako pierwszy otworzył ogień. Ten incydent zakończył fotografowanie umocnień wschodniej granicy Polski. Kolejnym wzbudzającym niepokój wydarzeniem była próba przedostania się niemieckiego konsultanta Willego Messershmitta do polskiego hangaru wojskowego. Niemiec został zatrzymany przez polskiego oficera inspekcyjnego w tym czasie również Witolda Urbanowicza, który kazał Messerschmittowi paść na ziemię, a polscy strażnicy mierzyli w jego plecy z karabinu. Messerschmitt leżał tak, na mokrej trawie aż do momentu przybycia niemieckich oficjeli. Ten incydent spowodował przeniesienie Urbanowicza do Dęblina, gdzie został instruktorem pilotażu.

Gdy we wrześniu 1939 r. wybuchła II wojna światowa polscy piloci ze wszystkich sił starali się bronić kraju. Tego samego roku Witold Urbanowicz został po raz pierwszy zaatakowany przez niemiecki samolot, w trakcie lekcji pilotażu którą odbywał w powietrzu razem z młodym podchorążym. W pierwszej chwili myślał, że to pomyłka. Był to jednak kolejny zwiastun wojny, w której Polacy wyposażeni w znacznie gorsze maszyny nie mieli żadnych szans, nawet jeśli byli znakomicie wyszkolonymi żołnierzami.
Polskie lotnictwo nie zdołało powstrzymać ataku agresora, ale nieco osłabiło pierwszy nalot. Niemcy stracili 6 bombowców, a Polacy tylko 3 myśliwce. To jednak nie mogło pomóc wobec olbrzymiej przewagi liczebnej wroga. Do ataku na Polskę Niemcy użyli 1400 samolotów, a w odwodzie czekał kolejny 1000. 5 dni walk wystarczyło by Niemcy zyskali przewagę.
W tym czasie Warszawska Brygada Pościgowa strąciła 34 niemieckie samoloty, w tym Eskadra Kościuszkowska 8. Polscy piloci byli zrozpaczeni faktem, że nie mogą chronić swojej ojczyzny przed najeźdźcą. Dodatkowo z odrazą i wściekłością musieli patrzeć na butę i brutalność Niemców, którzy nie stosowali żadnych zasad etycznych. Zasady honorowej walki, których jeszcze trzymali się polscy żołnierze zostały odrzucone. W XX w. kodeks rycerski nie miał już racji bytu. Niemcy mieli za zadanie zniszczyć naród polski. Bez skrupułów mordowali jeńców, rannych, kobiety i dzieci, czyli najsłabszych, którzy tak naprawdę nie byli żadnymi przeciwnikami dla silnych wyszkolonych żołnierzy. Dopiero wobec tak okrutnych reguł Polacy zaczęli walczyć wet za wet. Urbanowicz w swoich wspomnieniach napisał „To co się działo pachniało barbarzyństwem”. To w jaki sposób Niemcy zabijali cywilów porównał też kiedyś do polowania na króliki „ Kiedy wyszliśmy z naszym gospodarzem do ogrodu, słońce schowało się już za las i króliki wylazły na trawę. Wymierzyłem do jednego, wypaliłem, królik wywinął kozła i leżał na zielonej trawie. Zrobiło mi się głupio. Ostatecznie całą jego winą było to, że chciał życ?. Żeby życ?, obgryzał liście w ogrodzie zamożnego Anglika. I nie wiadomo, czy równie dobrze to nie był jego ogród. To pewnie sentymentalne jak na pilota z dywizjonu myśliwskiego, ale czułem się jak Niemiec, który w tym samym czasie morduje bezbronnych ludzi tylko dlatego, że chcą życ?.”
Gdy sytuacja uległa pogorszeniu Eskadra Kościuszkowska została przeniesiona do Lublina.
Zniszczony kraj przedstawiał tragiczny obraz. Jan Zumbach, którego wojna zaskoczyła w trakcie rekonwalescencji po wypadku lotniczym, starał się jak najszybciej dołączyć do Eskadry. Nawet skomplikowane załamanie nogi, ani niemiecki ostrzał nie były go w stanie powstrzymać.
Ostatecznie tak jak inni polscy żołnierze, piloci również zostali zmuszeni do opuszczenia kraju. Opór i odwaga walczących Polaków nie wystarczyła by ocalić niepodległość. Los kraju został przesądzony 17 września po ataku Związku Radzieckiego.
Nielicznym pilotom w tym Zdzisławowi Krasnodębskiemu udało się przekroczyć granicę Polski na pokładzie ostatnich sprawnych samolotów.
„Wielu wędrujących pieszo lotników i żołnierzy wahało się przed przekroczeniem granicy, bo nie miało pewności, czy kiedykolwiek wrócą do ojczyzny.”
Opuszczając polską ziemię niektórzy z nich całowali biało-czerwone szlabany, a inni ziemię. Brali ze sobą na pamiątkę grudkę polskiej ziemi, kamyk albo kwiat który na niej rósł – coś co przypominałoby mu Polskę.
„Nigdy nie widziałem tylu płaczących ludzi”. - Powiedział świadek tych wydarzeń.
Niestety po ogłoszeniu przez Rumunię neutralności kolejnym celem ucieczki stała się Francja, która zezwoliła na sprowadzenie polskiego wojska. Wyposażeni w fałszywe papiery, za nieoficjalnym przyzwoleniem opuszczali Rumunię. Kobieciarze Zumbach i Urbanowicz otrzymali fałszywe dokumenty w których jasno stwierdzono, że jeden z nich jest seminarzystą, a drugi zakonnikiem... We Francji zaczął działać nowy polski rząd na uchodźstwie, jednak Francuzi nie kwapili się do walki z Niemcami. Niechętnie też witano polskich lotników na francuskiej ziemi. Polacy przebywali tam w fatalnych warunkach, a francuscy oficerowie separowali się od nich jakby byli jeńcami wojennymi. Rozczarowani Polacy opuścili Francję i przedostali się do Anglii gdzie również na początku nie spotkali się z ciepłym przyjęciem. Niestety antypolska propaganda stosowana przez Niemców okazała się skuteczna.
Do Wielkiej Brytanii dotarło 75 % polskich lotników czyli ok. 8 tys. Łącznie w Anglii znalazło się ponad 30 tys. polskich żołnierzy. Szef nazistowskiej propagandy nazywał ich szyderczo „turystami Sikorskiego”. Tymczasem premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill jako jeden z nielicznych przeciwstawił się polityce ustępstw wobec Hitlera. Dla samych Brytyjczyków na początku wojna z Niemcami była odległym, abstrakcyjnym tematem. Owszem potępiano niemiecką agresję, lecz nikt nie myślał o czynnej walce. Sytuacja zmieniła się po upadku Francji. Bitwa pod Dunkierką przyniosła poważne straty. Jeśli chodzi o uzbrojenie Anglia nie była gotowa do walki, jej los wisiał na włosku.
Początkowo część rządu brytyjskiego była źle nastawiona do licznych polskich żołnierzy. Kwestionowano ich przydatność w walce. Dla przeciętnego Anglika Polska była krajem dzikim, egzotycznym i zacofanym. Natomiast Polacy, którzy już wiedzieli jak wygląda ta wojna z trudem tolerowali angielską opieszałość i nieufność.
Również wyżsi oficerowie RAF-u wątpili w umiejętności polskich pilotów. Przegrana kampania wrześniowa była dla nich dostatecznym dowodem na tchórzostwo i kiepskie wyszkolenie.
Anglicy nie mieli pojęcia jak bardzo wymagająca była szkoła w Dęblinie, dlatego zanim pozwolono im wsiąść za stery samolotów, musieli najpierw przejść odpowiednie szkolenie. Na początku uczono ich musztry, regulaminu, języka angielskiego. Polacy którzy musieli bezczynnie czekać na dopuszczenie ich do walki zaczęli się buntować. Znudzeni piloci wdawali się w kłótnie z przełożonymi, gdy wreszcie pozwolono im latać, wykonywali w powietrzu niebezpieczne akrobacje, lub przelatywali kosiakiem nad lotniskiem, czym doprowadzali do szału swoich brytyjskich przełożonych. Polskich pilotów napominali zarówno dowódcy, jak i gazeta Polskich Sił Powietrznych.
Tymczasem w pierwszej połowie lipca 1940 r. rozpoczęły się pierwsze ataki na Anglię. Osłabiony RAF z trudem radził sobie ze zmasowanym atakiem Luftwaffe. Zaczęło brakować maszyn i pilotów. To zmusiło Anglików do obsadzenia RAF polskimi pilotami. Zanim jednak weszli oni w skład Królewskich Sił Powietrznych musieli najpierw stać się częścią lotniczej Rezerwy Ochotniczej, która wraz ze służbą ochotniczą była drugą linią obrony RAF – u. Członkami RO byli zwykli, przeważnie bogaci cywile, którzy potrafili latać. Dla znakomitych absolwentów Dęblińskiej szkoły ta sytuacja była upokarzająca. Polacy nie chcieli też składać podwójnej przysięgi polskiemu rządowi oraz angielskiemu królowi. Część z nich odmówiła, ponieważ podwójna lojalność była dla nich nie do przyjęcia.

8 sierpnia rozpoczęła się wielka bitwa o Anglię. Los kraju spoczął w rękach młodych, niedoświadczonych i niedostatecznie wyszkolonych ludzi, którzy nie mieli pojęcia jak brutalna i odrażająca jest ta wojna. Wielu z nich musiało zginąć. To spowodowało, że brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa nareszcie łaskawszym okiem spojrzało na polskich pilotów. Przeniesiono ich z Ochotniczej Rezerwy i zostali oficjalnie uznani za żołnierzy Polskich Sił Powietrznych. Przystano też na ich warunki. Jedyna przysięga jaka ich obowiązywała, to przysięga wierności Polsce. Angielskie mundury, które nosili miały polskie oznaczenia, guziki oraz polskie godło na czapkach. Jeśli chodzi o organizację, szkolenia, sprzęt, dyscyplinę i hierarchię musieli się podporządkować RAF. Latem 1940 r. nastąpił prawdziwy przełom, utworzono dwa polskie dywizjony myśliwskie. Dywizjon 303 stacjonował 14 mil od Londynu, a jego zadaniem była ochrona stolicy. Drugi polski dywizjon trafił do Leconfield w Yorkshire. Angielskim dowódcą sławnego Dywizjonu 303 Myśliwskiego Warszawskiego im. Tadeusz Kościuszki został Ronald Kellett. Nie był zachwycony nowym zadaniem. Podobnie jak inni nie miał najlepszego zdania o Polakach. Dowódca Dywizjonu 303 był oficerem Służby Pomocniczej, czyli jednym z bogatych „lotników niedzielnych”. Fakt że musiał dowodzić oddziałem złożonym z samych Polaków uważał za hańbiący. Kellett był nowobogackim maklerem, który swoją służbę w RAF traktował jak przepustkę na salony. Jako dowódca był wyjątkowo surowy. Drugim niezadowolonym ze swojego położenia obcokrajowcem w Dywizjonie 303 był Kanadyjczyk John Kent.
Tymczasem ani Kellett, ani Kent nawet nie przypuszczali, że dostali pod swoją komendę jednych z najlepszych pilotów w Królewskich Siłach Powietrznych. Co gorsza podwładni nie przepadali za swoim dowódcą, który dla nich był tylko bufonem, nie mającym najmniejszego doświadczenia w walce. Pomiędzy obiema stronami często dochodziło do ostrych nieporozumień.
13 sierpnia miał się rozpocząć Alder Tag, czyli dzień orła - początek zmasowanego ataku na Anglię. Niemcy starali się zniszczyć radary, lotniska, i fabryki samolotów. Piloci RAF walczyli od świtu do nocy. Nieustająca walka wyczerpywała ich siły do tego stopnia, że czasem zasypiali w kabinach tuż po wylądowaniu na ziemi. Zmęczenie powodowało pomyłki i wypadki. Dzięki prężnie działającemu przemysłowi nie brakowało maszyn. Niestety pilotów, którzy mogliby latać było coraz mniej. W ciągu tylko 10 dni w walkach powietrznych zginęło ich aż 154. Młodzi niedoświadczeniu chłopcy, którzy dopiero wstąpili w szeregi RAF-u nie mieli najmniejszych szans na przeżycie. Tymczasem polskie dywizjony nadal „szkolono”. W trakcie jednego z takich ćwiczeń Polacy napotkali w powietrzu niemieckie samoloty. W takiej sytuacji głównym zadaniem była ochrona celów ćwiczebnych. Jednak jeden z polskich pilotów Witold Paszkiewicz nie miał najmniejszego zamiaru stosować się do tych procedur. Opuścił lecące w szyku samoloty i z rykiem silników zaatakował niemieckie messerschmitty. Udało mu się strącić jednego z nich. Swoje zwycięstwo obwieścił kręcąc beczkę nad lotniskiem. Od tej pory w ten właśnie sposób powracający piloci informowali o zwycięstwie. Oczywiście Paszkiewicz, który złamał regulamin musiał wysłuchać słów nagany, które padły z ust dowódcy. Jednak naganę poprzedzały gratulacje pierwszego zestrzelenia na koncie dywizjonu. Ten incydent spowodował, że w oczach Anglików dywizjon nareszcie był gotowy do walki. Następnego dnia, w przeddzień napaści Niemiec na Polskę Dywizjon 303 nareszcie mógł pokazać w powietrzu, co Polacy myślą o kolejnym rozbiorze ich ojczyzny. Zaledwie 2 minuty wystarczyły żeby wszystkie samoloty znalazły się w powietrzu. Niemal dokładnie rok po wybuchu wojny niemieckie messerschmitty spotkały w powietrzu pilotów z polskiego dywizjonu. Zaledwie kilka chwil zajęło strącenie pierwszych 3 niemieckich samolotów. Zestrzelenie 6 maszyn zajęło im kwadrans. Ze swojej pierwszej misji dywizjon wrócił w komplecie. Kilku pilotów wykręciło nad lotniskiem zwycięskie beczki, a z dowództwa posypały się pierwsze gratulacje.
7 września był jednym z najtrudniejszych momentów bitwy o Anglię, tego dnia nastąpił zmasowany atak ze strony Niemców. W powietrzu pojawiły się setki niemieckich samolotów. Ich celem stał się Londyn. Po tygodniu bombardowań, rozgniewany Churchill wydał rozkaz ataku na Berlin. A to z kolei jeszcze bardziej rozsierdziło Hitlera, który postanowił doszczętnie zniszczyć Anglię. Po 2 tygodniach walk siły RAF-u były poważnie osłabione. O godz 16.45 w Northolt piloci Dywizjonu Kościuszkowskiego nareszcie wzbili się w swoich hurricanach w powietrze. Dołączyli do Dywizjonu 1, który stacjonował w tej samej miejscowości. Obie jednostki skierowano nad londyńskie doki. Polacy którzy pierwsi dostrzegli samoloty wroga ruszyli do ataku. Rozkaz wydał Ludwik Paszkiewicz. Piloci zaatakowali otwierając ogień z 450 jardów. Zumbach zdołał strącić 2 samoloty wykonując gwałtowne manewry. W trakcie ataku na moment stracił przytomność i mały włos sam się nie rozbił. Dywizjon zdołał zniszczyć 1/4 niemieckiej formacji bombowej. Niestety sam poniósł straty, tego dnia zestrzelono 3 pilotów. Wracające do bazy w Northolt hurricane'y kręciły nad lotniskiem beczki zwycięstwa. 14 niemieckich maszyn zostało zestrzelone w czasie kwadransa, nie licząc 4 zestrzeleń prawdopodobnych. Niestety pomimo zaciekłej obrony Londyńczycy odnieśli poważne straty. Zginęły setki, a tysiące zostało rannych i bez dachu nad głową. Londyn był bombardowany przez 57 nocy. Po miesiącu ciężkich walk Anglia nadal nie poddawała się. Hitler nie mógł zrozumieć jak to jest możliwe. Tymczasem informacje na temat strat brytyjskiego lotnictwa, które docierały do Berlina nie odpowiadały faktycznemu stanowi rzeczy. 15 września Niemcy rzucili na Anglię wszystkie dostępne siły Luftwaffe. To ostatecznie miało pokonać siły RAF. Na początku do obrony ruszyło 17 dywizjonów w tym Kościuszkowski i Poznański. Dywizjon 303 dołączył do brytyjskiego 229. 3 polskie klucze zaatakowały bombowce, a 4 z nich zajęło się eskortującymi messerschmittami. Walka była wyjątkowo zażarta i bezwładna. Anglia w tym momencie nie dysponowała żadnymi rezerwami. Sytuacja była krytyczna. Pierwszy szturm został odparty, jednak RAF odniósł poważne straty. Dywizjon 303 stracił 3 samoloty. Witold Łokuciewski został ranny. W 3 godziny po pierwszym ataku nastąpił kolejny. Kolejna potężna fala niemieckich samolotów kierowała się w kierunku Londynu. Anglia wystawiła do walki wszystkie dostępne maszyny. Dywizjon Kościuszkowski spotkał na swojej drodze olbrzymią formację złożoną wg oceny Kelletta z ok. 400 maszyn. Eskadra którą dowodził miała zaledwie 4 samoloty. Mimo silnej przewagi ze strony wroga zaatakowali. Pozostałe maszyny pod dowództwem Urbanowicza ruszyły na inną formację. W walkę włączył się również angielski dywizjon. W powietrzu powstał jeden wielki chaos. Wielu pilotów ratowało się skacząc na spadochronach. Tym razem Niemcy zrezygnowali z ostrzeliwania ocalałych, żeby przypadkiem nie trafić własnych rodaków.
W drugiej bitwie dywizjon stracił 2 kolejne samoloty i zginął jeden z pilotów. W sumie udało im się strącić 16 niemieckich maszyn, a część bombowców została zmuszona do odwrotu. W tych dniach Polacy stanowili 20 % sił RAF. W kolejnych miesiącach Niemcy wielokrotnie atakowali Anglię. Londyński Blizkrieg trwał do następnej wiosny. 17 września 1940 r. Hitler wydał rozkaz zatrzymania operacji „Lew Morski” aż do odwołania.

PILOCI
Piloci należący do Dywizjonu 303 to grupa bohaterów, których życiorysy mogłyby z powodzeniem stać się inspiracją do hollywoodzkich superprodukcji.
Janek Zumbach pierwszy raz z samolotami miał do czynienia w dzieciństwie, najpierw zafascynował go samolot regularnie przelatujący nad jego domem, potem podczas pokazów lotniczych, w trakcie Tygodnia Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwpowietrznej po raz pierwszy zobaczył akrobacje powietrzne. Mika Ferič również po raz pierwszy zobaczył samolot w dzieciństwie i od tej chwili zaczął marzyć o pilotażu. Witold Urbanowicz niedoszły kawalerzysta zakochał się w lataniu podczas wizyt w restauracji położonej niedaleko aerodromu. W latach 20 XX w. polska kawaleria była elitarną jednostką dostępną wyłącznie dla właścicieli majątków ziemskich, tymczasem w finansowanych przez rząd aeroklubach lotnictwo stało się dostępne dla każdego. Każdy chętny mógł brać w nich darmowe lekcje latania na szybowcach i samolotach. Bywało, że z tego powodu zamiłowanie do lotnictwa nie spotykało się z aprobatą ze strony elit. Zumbach który chciał zostać pilotem, musiał podrobić podpis własnej matki na dokumentach zezwalających mu na wstąpienie do wojska.

Polscy piloci szkolili się w Dęblinie. Siedziba szkoły znajdowała się w pięknej 200 – letniej rezydencji. Uczniowie oprócz sztuki pilotażu uczyli się również sztuki bycia gentlemanem. W kodeksie podchorążych można było przeczytać: „Pamiętaj jesteś godnym następcą husarii i pionierów polskiego lotnictwa. Pamiętaj abyś zawsze i wszędzie zachowywał się po rycersku”. Czasami jednak młodzi piloci łamali zasady. „Znane były przypadki, że chcąc się popisać przed dziewczynami, młodzi piloci przelatywali pod mostami lub między wieżami kościoła, a jeśli zdarzyło im się podczas lotu napotkać napuszonego, dumnego ułana, śmigali nad nim lotem koszącym, żeby spłoszyć konia.”
Największymi zawadiakami w szkole byli Zumbach, Ferič i Łokuciewski. Nazywano ich trzema muszkieterami. Według niektórych opinii interesowały ich głównie „kobiety, wino i śpiew, a na samym końcu nauka”. Z to osiągali doskonałe wyniki w lataniu. Szkoła w Dęblinie była bardzo wymagająca, prowadzono ostrą selekcję. Piloci latali na maszynach, które często się psuły co dodatkowo wpływało na ich umiejętności. Uczono ich też czujności, obserwacji nieba, improwizacji oraz brawury. „Adiutant mojego kapitana, porucznik Januszkiewicz, był znany z przebiegłości, jaką objawiał w walkach powietrznych. Typowym, wykonywanym z nim zadaniem był lot we dwójkę, z takim programem, że na określonej wysokości samoloty się rozdzielały, aby następnie, z prędkością czterystu kilometrów na godzinę, lecieć ku sobie przeciwnymi kursami. Ten, kto ze strachu przed zderzeniem z samolotem Januszkiewicza odskakiwał zbyt wcześnie w bok, był nie wart nic. Ja ten odskok robiłem w ostatniej dziesiątej części sekundy, kiedy niemal zaglądałem już w oczy porucznika.
– Wciąż za wcześnie! – brzmiał suchy komentarz Pamuły.
Tak pojmował on szkolenie pilota myśliwskiego. Pochwał od niego nie słyszał nikt.” Jan Zumbach

Absolwenci Dęblina podporucznicy Zumbach, Ferič i Łokuciewski trafili do słynnej Eskadry Kościuszkowskiej, co było dla nich niemałym wyróżnieniem. Nie mogli jednak długo cieszyć się swoim sukcesem. Wojna która wybuchła 1 września 1939 r. stała się dla polskich pilotów najtrudniejszym sprawdzianem ich kwalifikacji oraz charakteru. „Wojsko, któremu pozostało niewiele poza odwagą i determinacją nie chciało skapitulować. Żołnierze sami wycofali się i przegrupowali, z całych sił walcząc dalej z nieubłaganie nacierającym wrogiem, w wojnie jakiej świat jeszcze nie widział.”
Urbanowicz przed opuszczeniem kraju otrzymał od nowo-poznanej dziewczyny liścik z cytatem z modlitewnika żołnierskiego:
„Nie będziesz miał innych celów na ziemi, dopóki twój kraj wolny nie będzie”. To jeszcze bardziej zmotywowało go do działania. Gdy wreszcie dotarł do Anglii przeszedł obowiązkowe tygodniowe „szkolenie” w RAF, w trakcie którego mógł zaprezentować swoje umiejętności. W weekend został przeniesiony na lotnisko w Hampshire, tam rozpoczął swoją służbę w RAF. W swojej nowej kwaterze Urbanowicz zastał smutnego psa. Ordynans wyjaśnił mu, że psiak należał wcześniej do innego pilota, który mieszkał w tym pokoju. Pilot ten zginął zaledwie kilka godzin wcześniej. W ciągu jednego tygodnia zginęło kolejno 3 pilotów zajmujących przed nim ten pokój. Nie był to obiecujący początek, mimo to Urbanowicz nie miał najmniejszego zamiaru się poddawać. Szybko odnalazł się w towarzystwie angielskich gentlemanów, którzy przypominali mu czasy Dęblina. Spodobały mu się również kobiety służące w WAAF (Womens Auxiliary Air Force). Podobnie jak inni polscy piloci cieszył się sporym powodzeniem wśród pań.
W trakcie swojego pierwszego lotu Urbanowicz leciał na ostatnim stanowisku w dywizjonie. Jego zadaniem było chronić tyły formacji. Taktyka która zmuszała pilotów do lotu w ciasnym kluczu nie przypadła Polakowi do gustu. Uważał, że nie jest ona korzystna ponieważ utrudniała działanie. To właśnie Urbanowicz jako pierwszy zauważył nadciągające messerschmitty. Nareszcie mógł walczyć z nimi na równych warunkach, za sterami maszyny, która była tak samo sprawna. Wywiązała się walka w trakcie której brawurowo zestrzelił swojego pierwszego messerschmitta. Co czuli piloci po wygranej walce? „Japończyk traci nerwy do reszty. Nie wie, że zacięły mi się karabiny. Wie tylko, że wisi nad nim śmierc?. Słucha instynktu stworzenia chodzącego po ziemi ucieka w dół, zniża lot, próbuje lądowac?. Ale jest już właściwie nieprzytomny. Na dużej szybkości zderza się z ziemią, robi młynka, zapala się. Jestem wolny, moja radośc? nie ma granic. Nie dlatego, że tamten rozbił się, lecz dlatego, że ja żyję i mam szanse powrotu. Kwestia instynktu zachowania życia.” Witold Urbanowicz „ Ogień nad Chinami”.

Jan Zumbach był uznawany za najbarwniejszą postać dywizjonu. Cechowało go sardoniczne poczucie humoru, grzmiący głos oraz łobuzerski fason. Na swoim samolocie miał namalowanego Kaczora Donalda. W zapiskach Feričia można było przeczytać: „Wczoraj Zumbach wrócił z urlopu, więc o ciszy i spokoju nie ma mowy”. W Anglii nadano mu dwa przydomki Johnny oraz Donald ze względu na osobliwy kształt nosa przypominający dziób Kaczora Donalda. Najwyraźniej malunek na samolocie świadczył o jego sporym dystansie do siebie.

Kolejnym bohaterem Bitwy o Anglię był Mirosław Ferič. To on zaczął prowadzić dziennik w którym dokumentował życie Dywizjonu. Feričia nazywano Oxem czyli Wołem. Wraz z Zumbachem i Łokuciewskim tworzyli oni niezwykłe trio, ich brawurowe wyczyny w powietrzu i na ziemi przydawały im sławy. Witold Łokuciewski był czarującym, przystojnym flirciarzem. Nosił ksywę „Tolo”. Jego popularność wśród kobiet budziła zazdrość wśród kolegów. Kolejną „gwiazdą” Dywizjonu był Czech o nazwisku Józef František, który po napaści Niemiec na Czechy uciekł do Polski i zaczął uważać się za honorowego obywatela tego kraju. Był znakomitym pilotem, który jednocześnie nie przestrzegał zasad i czasami opuszczał szyk dywizjonu, by w pojedynkę tropić zestrzeliwać wrogie samoloty.

Kellet i Kent na początku kompletnie nie zdawali sobie sprawy, jakich ludzi mają pod swoją komendą. Polakom nie pozwolono latać dopóki nie nauczą się mówić po angielsku oraz nie opanują brytyjskiej taktyki. Tymczasem Polacy bardzo chcieli walczyć. Bezczynność przyprawiała ich o rozpacz i wściekłość, czuli się winni klęski swojego kraju.
Natomiast wściekłość u ich dowódcy wywoływały nieco inne sprawy. Polacy nie postrzegali regulaminu mundurowego. Nocami zakradali się do dziewcząt z WAAF i przemycali je do swoich pokoi. Ostatecznie jednak to Brytyjczycy postawili na swoim. Polacy musieli dostosować się do nowych warunków i podporządkować się regulaminowi. Nauka języka angielskiego, angielskich miar oraz obsługi hurricanów była nieunikniona. Polski dowódca Krasnodębski uważał, że Anglicy przesadzają szkoląc jak uczniów ludzi doświadczonych w boju. Próbował uspokajać Polaków i jednocześnie nakłonić Anglików by nareszcie pozwolili im walczyć.

Potem, gdy nareszcie pozwolono ich latać, angielscy dowódcy nareszcie przekonali się ile są warci polscy piloci, a sam Kellett stał się ich obrońcą oraz orędownikiem. Zaczął dbać o swoich ludzi. Gdy na wskutek zamieszania polscy piloci nie dostali żołdu, wypłacał im pieniądze z własnego konta. Sprowadził też własnego rollsa z 1924 r. by mogli jeździć do kasyna równie godnie, co pozostałe dywizjony.

14 sierpnia dopuszczono do walki drugi polski dywizjon 302 tzw. Poznański, a 19 sierpnia ruszył do walki Dywizjon 303. Polakom udało się utrzymać pełen skład aż do 6 września. Niestety jako pierwszy oberwał Krasnodębski. Jego samolot stanął w płomieniach. Mimo olbrzymich trudności poparzony pilot zdołał wydostać się z samolotu. Mając w pamięci fakt, że w Polsce Niemcy strzelali do ocalałych przeciwników, do ostatniej chwili czekał z otwarciem spadochronu, jakby tego było mało, usłyszał nadlatujący samolot, na szczęście to nie był messerschmitt, a jego kolega z dywizjonu Witold Urbanowicz, który krążył nad nim, dopóki spadochroniarz nie znalazł się bezpiecznie na ziemi. Prawdopodobnie Urbanowicz w pierwszej chwili wziął go za Niemca i przed śmiercią uchroniła go tylko żółta maewestka. Sam Urbanowicz nigdy nie przyznał się do chęci dobijania rannego pilota. Ostatnimi ludźmi dybiącymi tego dnia na życie Krasnodębskiego, byli członkowie Gwardii Krajowej, którzy wybiegli z ukrycia, gdy ledwo przytomny pilot znalazł się na ziemi. Pomimo oszołomienia i bólu, łamaną angielszczyzną zdołał wytłumaczyć, że walczą po tej same stronie. Poparzony pilot w końcu otrzymał pomoc. Krasnodębski, który z bandy niesfornych indywidualistów stworzył wspaniały zespół, chciał jak najszybciej wrócić do swojego dywizjonu, jednak jego obrażenia były zbyt duże i musiał zostać w szpitalu na dłuższy czas. Do Northolt wrócił dopiero po 11 miesiącach. Niestety jego poparzone ręce nie były już sprawne, a to oznaczało koniec latania. Dodatkowo martwił się o swoją żonę, która została w okupowanej Polsce, a to wszystko odbierało mu energię. Tymczasem Wanda Krasnodębska mocno zaangażowana w działanie ruchu oporu, działała jako łączniczka, ukrywała uciekinierów i agentów. O losach swojego męża mogła dowiadywać się wyłącznie z ze słuchanego potajemnie radia.

Kolejnym pilotem, który został ranny, był Witold Łokuciewski. Pomimo dużej utraty krwi zdołał zapanować nad maszyną i dotrzeć do Norholt. Podczas innej misji został zestrzelony. Ranny w nogę trafił do niewoli. Tam również nie zamierzał się poddawać i wraz z innymi więźniami udało mu się zorganizować brawurową ucieczkę.

W kolejnej bitwie zginął Paszko oraz Tadeusz Andruszewicz. Łącznie zginęło 6 pilotów z dywizjonu. W tamtym czasie był to naprawdę niewielki procent strat. Polakom zarzucano brawurę i lekkomyślność, ale ich straty były o 70 % niższe niż w pozostałych dywizjonach. Zumbach po śmierci Paszkiewicza zapisał w dzienniku Feriča: „Oddał swe życie gdzieś tam wysoko, tam gdzie sprawy ziemi są tak odległe, blask słońca tak czysty, a Bóg tak blisko”.

Witold Urbanowicz jesienią 1942 r. został zastępcą Attaché lotniczego w polskiej ambasadzie w Londynie. Praca za biurkiem jednak nie była w jego mniemaniu czymś odpowiednim dla asa lotnictwa. Najlepiej czuł się, gdy mógł służyć walcząc w powietrzu. Tymczasem Rząd Polski w Londynie zadecydował, że ten gentleman będzie znakomicie reprezentować polskie interesy w Stanach Zjednoczonych. Urbanowicz już wcześniej zrobił dobre wrażenie na polskim ambasadorze. Jednak pobyt w USA męczył go, życie tam niewiele miało wspólnego z wojną toczącą się gdzieś w innej części świata, a zwycięstwo było jedynie towarem który łatwo kupić. Natomiast brak zainteresowania sprawą Polski dodatkowo go przygnębiał. „Mimo dętych zapewnień aliantów o prawach i wolności wszystkich narodów, Polski nie dopuszczono do współudziału w kierowaniu wojska, ani do dyskusji na temat geopolitycznego kształtu świata po wojnie.” Zmęczony opieszałością rządu amerykańskiego Urbanowicz dołączył do Amerykanów walczących z Japończykami. Tutaj podobnie jak wcześniej w Anglii jego doskonałe umiejętności zjednywały mu uznanie. Zanim opuścił Stany został odznaczony Medalem Lotniczym za „odwagę i zasługi bojowe w walce z wrogiem”.

Ferič kronikarz dywizjonu zginął w trakcie lotu ćwiczebnego. W jego samolocie oderwało się skrzydło. Niestety pilot nie zdołał wyskoczyć. Po jego śmierci piloci nadal bardzo skrupulatnie prowadzili dziennik, który on założył. Do 1945 r. ta specjalna kronika liczyła sobie już 7 tomów i tysiące stron, na których udokumentowano losy dywizjonu. Ferič prawdopodobnie pozostawił również syna, który nigdy nie dowiedział się kto jest jego ojcem.

Józef František, który na swoim koncie miał najwięcej zestrzeleń wydawał się być człowiekiem ze stalowymi nerwami, były to jednak tylko pozory, ponieważ z czasem stawał się coraz bardziej lękliwy. W końcu rozbił się samolotem, prawdopodobnie popełniając samobójstwo. 3 dni po śmierci Czecha Dywizjon 303 został wycofany z frontu. Piloci zostali przeniesieni do Leconfield w środkowej Anglii gdzie mieli wypocząć.

A jak wyglądało ich życie, gdy akurat nie walczyli? Pomimo wojny angielskie wyższe sfery nadal prowadziły rozrywkowe, wystawne życie. Polacy dzięki swojej popularność przez moment mogli w nim uczestniczyć. Życie w Anglii toczyło się jak gdyby nigdy nic. Mało tego, dla niektórych urzędników obserwowanie podniebnych potyczek stało się weekendową rozrywką. W obliczu ciągle czyhającej śmierci, ludzie stawali się jak najwięcej korzystać z życia. „Życie? - napisał jeden z polskich pilotów. - Mierzyło się je na dni, godziny, a czasem minuty. Człowiek upijał się czasem, ekscytował tempem i intensywnością.” A co myśleli piloci o samej walce? Na pytanie czy bali się latać Witold Urbanowicz wyznał: „Oczywiście, bez przerwy. Zawsze się denerwowałem.” Dla większości najgorsze było oczekiwanie na walkę. Ciągłe napięcie wykańczało ich fizycznie i psychicznie.
Polscy piloci wieczorami bywali w nocnych londyńskich klubach. Jeden z nich napisał: „W Londynie czekały usta czerwone jak róże”. Polacy mieli opinię szarmanckich uwodzicieli. Jedna z dyrektorek prywatnej szkoły dla dziewcząt zasłynęła ostrzegając swoje podopieczne przed zgubnym działaniem ginu i polskimi lotnikami. Nauczyciel języka angielskiego pracujący dla RAF-u był zasypywany prośbami o napisanie listu miłosnego. Polacy wśród pań cieszyli się szczególną popularnością. „Nie można było opędzić się od bab”. - napisał wprost jeden z pilotów w swoim dzienniku. W czasie wojny Angielki, które wcześniej żyły w bardzo konserwatywnym zamkniętym społeczeństwie, po raz pierwszy mogły zakosztować wolności. Nareszcie mogły pracować, służyć w WAAF i robić inne rzeczy o których ich babki nie śmiały nawet marzyć. Szarmanccy Polacy w przeciwieństwie do Anglików nie byli uczeni ukrywania uczuć. Kupowali paniom róże, całowali je w rękę na powitanie i prawili im komplementy. Oczywiście Anglikom nie podobała się ta przebojowa konkurencja. Wielu Polaków osiadło na wyspach i założyło tam rodziny.
Ulubionym miejscem spotkań dla polskich pilotów stała się gospoda Orchard. Właściciel odnosił się do nich z wyjątkową sympatią i szacunkiem. Zawsze chciał znać każdy szczegół akcji i do szpitala gdzie leżeli ranni posyłał kosze owoców dla rannych. Oto jak wspomina gospodę Jan Zumbach. „Gdy wpadaliśmy tam (wieczorem) gospoda zamierała. Dla innych klientów nie byliśmy zgrają jurnych, napalonych barbarzyńców, mówiących niezrozumiałym językiem. Darzyli prawdziwą przyjaźnią, nas hałaśliwych obcokrajowców, którzy przyszli z daleka.”

SAMOLOTY

Na początku Anglicy udostępnili polskim pilotom samoloty Hurrican Hawker, potem przesiedli się oni na myśliwce Spitfire, a pod koniec wojny na amerykańskie Mustangi. Nowe maszyny zostały powitane z entuzjazmem. W Polsce zostali wyposażeni w przestarzały, o wiele gorszy sprzęt, co znacznie obniżyło ich zdolności bojowe. „Wiedząc że mają pewną – choć niewielką szansę w walce z Luftwaffe, wzbijając się ponad niemieckie bombowce i nurkując z góry, lub atakując je czołowo i strzelając z bardzo bliska” - tak po części wyglądała walka w ojczyźnie.

Dywizjon miał liczyć średnio od 18 do 21 samolotów. W tym 12 gotowych do lotu, a 9 stanowiło rezerwę. Liczba pilotów w dywizjonie wynosiła 28 ludzi, a personelu naziemnego 130. Każdy dywizjon dzielił się na dwie eskadry. Eskadry były tworzone z 2 kluczy samolotów, w których znajdowały się po 3 maszyny. W sumie utworzono 4 klucze: „czerwony”, „żółty”, „niebieski” i „zielony”. Każdy z dywizjonów miał podwójną polsko – angielską obsadę. Tak więc odpowiednikiem Kelletta został Zdzisław Krasnodębski, a dowódcami obok Kenta i Forbesa byli Witold Urbanowicz oraz Ludwik Paszkiewicz.

Piloci latający w RAF komunikując się ze sobą używali szyfru, a oto co oznaczały poszczególne hasła:
angels – wysokość w stopach
pancake – lądowanie
bandits – samoloty nieprzyjaciela
tally ho – atak na wroga.
Liczyli też do 12 by podać pozycję wroga. Polacy oprócz tych komend, musieli się również nauczyć że Hurricanny na których latali różniły się od polskich maszyn, polscy piloci musieli pamiętać o wyciąganym podwoziu, którego nie miały starsze samoloty. Zanim jednak dopuszczono ich do lotu, ci znakomici absolwenci szkoły w Dęblinie, zostali przeszkoleni na specjalnych trójkołowych rowerach, co oczywiście ich rozwścieczyło. Zabieg ten miał oszczędzić ludzi i samoloty. „Anglicy marnowali czas na dziecinady, a przecież wszyscy byliśmy zawodowymi pilotami” - podsumował całą sytuację Zumbach. Z czasem w trakcie szkolenia zmniejszyła się bariera językowa. Polacy zaczęli mówić po angielsku, a ich zwierzchnicy poznawali j. polski.

Później gdy wreszcie zaczęli odnosić sukcesy o polskich pilotach mówiono „Są fantastyczni, lepsi od najlepszych z nas. Przewyższają nas pod każdym względem.” Dlaczego radzili sobie lepiej od Anglików? Na pewno była to zasługa wymagającej szkoły w Dęblinie, którą mogli ukończyć tylko najlepsi z najlepszych. Poza tym mieli większe doświadczenie, byli starsi, mieli wylatane więcej godzin w powietrzu. Uczyli się na przestarzałych samolotach bez radia i radarów, dzięki czemu lepiej opanowali sztukę pilotażu. Bardziej polegali na własnych oczach, woleli sami wypatrywać wroga, zamiast czekać aż obsługa radaru zrobi to za nich. Przed wojną w Polsce jedną z niezbędnych cech pilota był tzw. sokoli wzrok, a potem w trakcie szkolenia myśliwcy ciężko pracowali nad umiejętnością dostrzegania odległych obiektów. Wielu walczących razem z Polakami potwierdzało że mieli oni naprawdę doskonały wzrok. Urbanowicz potrafił w walce dostrzec i zapamiętać wiele szczegółów. Polaków uczono również odważnego atakowania.
„Polakom natomiast wpojono agresywność, nawyk atakowania po kawaleryjsku, otoczenia i zastraszania wroga, który zmuszony do odwrotu stawał się łatwiejszym celem. Po krótkich wstępnych seriach ze 150, 200 jardów posłanych dla postrachu, żeby zagrać przeciwnikowi na nerwach, polscy piloci zbliżali się do niego na odległość prawie bezpośredniego strzału i dokańczali dzieła. Atakując wrogie bombowce i myśliwce podchodzili tak blisko, że zdawało się, że się z nimi zderzą”.
„Kilka razy zdarzało się – raportował Forbes – że na widok szykujących się do ataku hurricane'ów niemieckie załogi wyskakiwały z bombowców jeszcze przed strąceniem.”
Z czasem angielscy dowódcy przejęli ich styl walki. Duch oraz taktyka szarż kawaleryjskich zostały przeniesione w powietrze. Z czasem Kellett zrezygnował z taktyki RAF-u polegającej na locie w sztywnych kluczach. Polacy lecący w luźnym szyku mogli łatwiej wypatrywać wroga i nie musieli uważać żeby na siebie nie wpaść. Walka to żywioł gdzie wydarzenia nigdy nie przebiegają według podręcznika. W trakcie ataku wszyscy działali na własną rękę, jednocześnie starając się wzajemnie się osłaniać. Jeżeli jeden z członków zespołu był zagrożony, np. jego samolot był uszkodzony, koledzy eskortowali go do lotniska. Mając również w pamięci jak zachowywali się Niemcy w Polsce starali się osłaniać kolegów, którzy byli zmuszeni skakać na spadochronie. W taki sposób jeden z Polaków – Hennenberg osłaniał Johna Kenta przed messerschmittem. Kentowi wydawało się, że leci za nim jeden samolot, w rzeczywistości było ich 6. To że Kent przeżył wojnę było w dużej mierze zasługą Polaków. Oprócz znakomitych pilotów polski dywizjon posiadał również doskonałą obsługę naziemną. Mechanicy niemal po ojcowsku troszczyli się o powierzone im maszyny. Pracowali z wyjątkowym oddaniem. W najtrudniejszych dniach, gdy następował zmasowany atak mechanicy pracowali bez przerwy. Przez cały okres walk tylko 4 razy przydarzyło się że Polski dywizjon nie ruszył do walki w pełnym składzie 12 samolotów.
15 września 1940 r. na warsztat trafiło 9 maszyn dywizjonu, które były tak poważnie uszkodzone, że dowódca spisał je na straty. Po całej nocy intensywnej pracy, mechanicy udowodnili mu że się mylił. Hurricany na których latali były najmniej skutecznymi spośród maszyn RAF-u mimo to Dywizjon 303 był „według wszelkich miar najbardziej groźną jednostką myśliwską [w RAF-ie i Luftwaffe] w tej bitwie”.
Pod koniec 1940 r. Polskie Siły Powietrzne w Anglii liczyły 5 dywizjonów myśliwskich i 2 z bombowcami. Na wiosnę 1941 r. było już 6 kolejnych nowych dywizjonów polskich. RAF zrezygnował też z obsadzana stanowisk dowódców wyłącznie oficerami brytyjskimi w późniejszym okresie Polacy dowodzili też dywizjonami angielskimi. Anglicy zmienili też sposób walki na bardziej agresywny (Anglia zaczęła atakować Niemcy). 

OSIĄGNIĘCIA

Podczas II wojny światowej sam Dywizjon 303 zniszczył ponad 200 samolotów niemieckich. Pierwszy messerschmitt został strącony przez por. Witolda Paszkiewicza 30 sierpnia w trakcie lotu ćwiczebnego. Jesienią dywizjon miał strącić 126 maszyn niemieckich. Część badaczy uważa, że liczba ta została zawyżona ponieważ trudne warunki bitwy, w czasie gdy w powietrzu znajdowało się wiele maszyn, utrudniały dokładne rozeznanie tego kto zestrzelił nieprzyjacielski samolot. Bywało, że kilku pilotów meldowało zestrzelenie tej samej jednostki. O dokonaniach Dywizjonu 303 rozpisywały się gazety, informowało również o nich radio. W ciągu pierwszych 8 dni walk dywizjon zniszczył ok. 40 maszyn wroga. Pierwszego dnia został pobity 14 rekord Królewskich Sił Powietrznych. 9 pilotów oficjalnie uznano za lotniczych asów. „To najlepsi podniebni wojownicy jakich znam” - napisał w tygodniku Colliens amerykański pilot myśliwski.

Udział Dywizjonu 303 miał kluczowe znaczenie w bitwie o Anglię.
„Gdyby Polska nie stała po naszej stronie w tamtych dniach (…) płomień wolności mógłby zagasnąć jak świeca na wietrze”. - to słowa królowej Elżbiety II wypowiedziane w 1996 r. „Podczas wojny Polska była czwartym co do liczebności uczestnikiem alianckich działań w Europie”.
„Jeżeli by mi dano wybierać między żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym Polaków” - to słowa dowódcy wojsk alianckich w Afryce Północnej i Włoszech, marszałek polny Harald Alexander.

W niektórych akcjach Polacy ścigali Niemców aż na drugi brzeg kanału La Manche. Ferič z podobnej eskapady ledwo uszedł z życiem, lądując poważnie uszkodzonym samolotem. 5 września Luftwaffe przeprowadziła 22 naloty na Anglię. W trakcie tych walk Polacy zaliczyli 8 strąceń, czyli 20 % zwycięstw RAF-u tego dnia. I do tego momentu nie stracili prawie żadnego z pilotów.

Osiągnięcia Dywizjonu 303 były tak imponujące, że niektórzy z dowódców Lotnictwa Myśliwskiego nie wierzyli w prawdziwość przedstawianych im raportów. Jednym z takich sceptyków był Stanley Vincent. Ponieważ pisemne sprawozdania nie przekonywały go, postanowił zbadać sprawę osobiście. Poleciał swoim hurricanem za dywizjonem i na własne oczy przekonał się jak brawurowo i zaciekle walczą Polacy.
„Dwa hurricane oderwały się od eskadry i z prawie samobójczym impetem niemal pionowo zanurkowały ku niemieckim bombowcom. Gdy wystraszeni zajadłością ataku niemieccy piloci nie utrzymali szyku, Polacy zaczęli zestrzeliwać rozproszone droniery jeden po drugim. Kilka razy w trakcie tej bitwy polscy myśliwcy otwierali ogień w ostatniej chwili, o mało nie zderzając się ze zwierzyną, ale wyniki tej taktyki były dla Niemców druzgocące”.
„Raptem – relacjonował Vincent – niebo zapełniło się płonącymi samolotami, spadochronami i kawałkami rozwalonych skrzydeł. Wszystko rozegrało się oszałamiająca prędkością”. Vincent był doświadczonym pilotem i kilkakrotnie próbował włączyć się do walki, jednak za każdym razem gdy zbliżał się do niemieckiego bombowca, „drogę przecinał mi nurkujący Polak i musiałem cofać się, żeby nie oberwać.” Roztropnie obserwując walkę z bezpiecznego dystansu Vincent nareszcie przekonał się o skuteczności polskich myśliwców. „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!” - powiedział do jednego z oficerów wywiadu, gdy wylądował w Northolt”.

Do połowy września piloci z Dywizjonu Kościuszkowskiego stali się nieoficjalnymi bohaterami królestwa. Honory oddawali im król, premier i dyrektor naczelny BBC, który winszował i przesyłał pozdrowienia.
„W którymś momencie Kellett wysłał do dowództwa list ze stwierdzeniem, że dowody uznania są wprawdzie miłą rzeczą, ale może czas poprzeć je konkretami. Aluzję zrozumiano i niebawem do Norholt nadeszła skrzynka whisky”.
Podczas gdy Zumbach w wspomnieniach bagatelizował sukcesy swoje i swoich kolegów, Anglicy debatowali ilu Francuzów jest wart jeden Polak. Churchill twierdził że 3, a dowódca brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego we Francji lord Gort i Generał Hugh Dominy obstawali przy stosunku 1 do 10. Sekretarz króla Jerzego VI nazywał ich „absolutnymi tygrysami”. Oto co napisał w liście do lorda Hamiltona „Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby wszyscy nasi sojusznicy byli Polakami, to do tej pory ta wojna potoczyłaby się inaczej”. Major RAF – u powiedział o polskich pilotach: „są fantastyczni lepsi od najlepszych z nas. Przewyższają ich pod każdym względem.”

26 września piloci Dywizjonu 303 zostali zaszczyceni wizytą króla Jerzego VI. Król złożył im swoje gratulacje. W tym czasie Dywizjon zbliżał się już do setki zestrzelonych samolotów wroga.
Obecnie pojawiają się głosy ekspertów, którzy twierdzą że liczby te mogły być mniejsze. Jednak nawet te spekulacje nie są w stanie zniszczyć legendy Dywizjonu 303. Zanim Polacy opuścili Northolt odwiedził ich sam Winston Churchill by osobiście im pogratulować.
Kellett, który nadal płacił im żołd z własnej kieszeni, poruszył tą sprawę w rozmowie z premierem. Oczywiście następnego dnia RAF zatwierdził wypłatę poborów. 5 z 9 asów czyli Urbanowicz, Zumbach, Ferič, Henneberg i pośmiertnie Paszkiewicz otrzymali Lotnicze Krzyże Walecznych. Frantisek przed śmiercią otrzymał najwyższe podoficerskie odznaczenie RAF-u czyli Lotniczy Medal Walecznych.
Winston Churchill o pilotach broniących Wielkiej Brytanii powiedział często przytaczane, pamiętne słowa: „Nigdy w dziejach ludzkich konfliktów tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”.
Po latach John Kent napisał „Nie było żadnych wątpliwości Polacy walczyli ze znacznie większym sercem niż my”.
Pośród 400 pilotów broniących Londynu i strategicznego terenu na południe od stolicy, zawsze było 100 do 50 Polaków. Czasami 20% samolotów biorących udział w walkach było pilotowanych przez Polaków. A zestrzeleń w ich wykonaniu było jeszcze więcej. 6 września strącili 48% samolotów zestrzelonych przez RAF.
„Po wojnie podpułkownik Thomas Gleare, podczas bitwy o Wielką Brytanię, pilot myśliwca a potem dowódca bazy w Norholt powiedział o Polakach:
„Zastanawiam się czy ludzkość zdaje sobie sprawę, jak wiele im zawdzięczamy. Walczyli za angielską ziemię z zapamiętaniem ujętym w karby umiejętności popartych niezłomną odwagą, tak wielką, jakby walczyli za własny kraj.”
„W opinii wielu pilotów i dowódców RAF udział polskich pilotów w bitwie, a zwłaszcza Dywizjonu 303 przesądził o zwycięstwie.” Sam sir Hugh Downing prawdziwy autorytet lotniczy powiedział o Polakach „Gdyby nie wspaniałe polskie dywizjony i ich niedościgłe męstwo nie zaryzykował bym stwierdzenia, że wynik tej bitwy byłby taki sam”.
John Kent – dowódca który na początku był sceptycznie nastawiony w stosunku do Polaków potem w dzienniku Ferica napisał „Z prawdziwym żalem i smutkiem rozstaję się z Dywizjonem najlepszym jaki widział RAF. Czas spędzony z wami uważam za najwspanialszy i najbardziej pouczający w swoim życiu. Ogromne dzięki za to, że przeżyłem i za nauczenie mnie jak walczyć.”

Ludność cywilna Anglii odnosiła się do Polaków z prawdziwym entuzjazmem. Dla nich byli bohaterami i prawdziwymi sprzymierzeńcami. Gdziekolwiek się pojawili wiwatowano na ich cześć, oklaskiwano ich, nie musieli płacić w PUB-ach i restauracjach, ani za przejazdy koleją. Oczywiście największą popularnością cieszył się oczywiście oblegany przez wszystkich Dywizjon Kościuszkowski. Hołubiono ich tak jak obecnie wielbi się gwiazdy muzyki lub filmu. Znany amerykański korespondent napisał „Polscy lotnicy są w tej chwili prawdziwymi bożyszczami Anglii”. Nazywano ich również polskimi aniołami zemsty i polską kawalerią powietrzną. W artykułach prasowych jednak nigdy nie wymieniano ich nazwisk, była to taktyka chroniąca rodziny pilotów przed okupantami. Zabieg ten dodawał im tylko pociągającej tajemniczości.
Do siedziby pilotów dostarczano przesyłki od wielbicieli. Np. ze Stanów otrzymali ponad 4 tys. książek po polsku i po angielsku. Otrzymali też listy od Meriana Coopera i Cecila Fauntlenoya założycieli Eskadry Kościuszkowskiej. Listy zostały wklejone na honorowych miejscach w kronice dywizjonu. W marcu 1941 r. Cooper sprawił polskim pilotom niemałą niespodziankę, odwiedzając ich osobiście. W tym czasie był on już słynnym hollywoodzkim producentem. Wizyta wyraźnie wzruszyła Coopera, a szczególnie godło na kadłubach samolotów, które było symbolem przyjaźni pomiędzy Polską, a Stanami Zjednoczonymi.

Odnoszący sukcesy Polacy zagościli też w życiu wyższych sfer. W dobrym tonie było zapraszanie ich na kolację i koktajle. Jedna z czołowych bywalczyń salonów słynąca z urody Jean Smith Bingham „adoptowała” Dywizjon 303, co było tradycją RAF. Na ich cześć wydała wielkie przyjęcie na którym pojawiło się szereg utytułowanych dam. Idąc za tym przykładem inne bywalczynie salonów zaczęły adoptować polskie dywizjony. A to oznaczało kolejne przyjęcia i obiady. Z czasem olbrzymia popularność zaczęła ciążyć Polakom. Ponad to uważali, że Anglicy tak naprawdę nie rozumieją ani ich, ani Polski. Buntowali się wobec krzywdzących opinii o naszym kraju. Dziennikarze kreowali ich na wyidealizowanych bohaterów, półbogów, szalonych romantyków żyjących tylko po to by mścić się na wrogach i zabijać znienawidzonych Niemców. Mieli oni też zatracić inne cechy i żyć wyłącznie dla zabijania. Tymczasem byli to tylko znakomici żołnierze i jednocześnie ludzie niewiele różniący się od Anglików.

W 1942 r. polscy piloci nadal walczyli odnosząc spore sukcesy. Dywizjon pod dowództwem Jana Zumbacha po raz kolejny potwierdził że jest jedną z najlepszych w jednostek strzeleckich w czasie II wojny światowej.

Wszystkie zasługi i ofiarna walka Dywizjonu 303 oraz innych polskich jednostek walczących na zachodzie, zostały usunięte w cień i „zapomniane” w momencie gdy Rosja dołączyła do antyniemieckiej ofensywy aliantów. Interesy Europy zachodniej stały się ważniejsze od polskiej walki o niepodległość. Zbyt szybko i zbyt łatwo zapomniano, że Polacy walczyli również o wolność innych krajów. Podczas pamiętnej defilady zabrakło tych którzy tak bardzo zasłużyli żeby tam być. Oto co pisze w swoich wspomnieniach z Chin Witold Urbanowicz „Byłem tu jako gośc?, zaproszony przez generała Chennaulta. Rządowi amerykańskiemu i chińskiemu nic nie byłem winien, gażę wypłacał mi rząd polski. Miałem po dziurki w nosie polityków wszelkiej maści: brytyjskich, amerykańskich i chińskich. Już teraz było wiadomo, że przemysłowi i militarni „fachowcy” - równie dobrze japońscy, jak niemieccy - niezależnie od wyników wojny usiądą w wygrzanych gniazdkach. Moi amerykańscy koledzy-oficerowie mówili otwarcie o konieczności odbudowy Niemiec. Wiedziałem już dobrze, co się liczy, a co nie; byłem żołnierzem kraju, który miał do zaoferowania tylko krew, to nie była wysoka pozycja na giełdzie. To wszystko było przeraźliwie absurdalne, ten handelek.”

„O czym warto pamiętać. Dzień 15 września, w którym kiedyś rozegrała się jedna z najbardziej dynamicznych scen bitwy - stał się dniem święta lotnictwa brytyjskiego po wojnie. Z roku na rok coraz wyraźniej milczenie pokrywało udział Polski w owych dniach, które decydowały o losach Wielkiej Brytanii; jeśli w artykułach i mowach padały cyfrowe oznaczenia naszych dywizjonów - unikano wzmianek, że były to polskie dywizjony. W tamtych dniach - w sierpniu i wrześniu 1940 - bywało jednak inaczej. Wtedy byliśmy jeszcze potrzebni.
Nie można mieć żalu, gdy zapominają obcy. Ale można mieć nadzieję, że może swoi zapamiętają. Bo nie tylko o Wielką Brytanię była bitwa.
Witold Urbanowicz „ Ogień nad Chinami”

Źródła: „Sprawa Honoru – Dywizjon 303 Kościuszkowski. Zapomnieni bohaterowie II wojny światowej” Lynne Olson i Stanley Cloud, „Ogień nad Chinami” i „Latające tygrysy” Witold Urbanowicz, „Ostatnia walka” Jan Zumbach. https://pl.wikipedia.org/wiki/Dywizjon_303

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem